Gazeta Wyborcza: Picasso wkracza na boisko

W Polsce wciąż trenuje cztery razy mniej dzieci niż w Hiszpanii. Aby zbudować dobrą drużynę w każdym roczniku, Real Madryt pracuje z 5 tys. dzieci. My mamy na razie 3 tys., ale w 2017 r. będziemy mogli realnie pomóc polskiej piłce - mówi Krzysztof Kunik, szef Polish Soccer Skills.

Kunik jest ojcem, prawnikiem, przez lata pracował w korporacjach. Z piłką stykał się tylko wtedy, gdy siadał przed telewizorem. Patrzył i szlag go trafiał. Jak wielu Polaków zachodził w głowę, dlaczego nasi piłkarze potykają się na boisku o własne nogi? Ale - jak niemal każdy - uważał, że nie pozostaje nic innego, niż przyglądać się i głowić.

W 2005 r. wygrał konkurs na posadę w Pradze. Aby jego dzieci łatwiej przeżyły przeprowadzkę w nowe miejsce, postanowił przygotować im miękkie lądowanie. Córce, która w Polsce trenowała szermierkę, znalazł praski klub szermierczy. Syn, dziewięcioletni Mateusz, był wyróżniającym się juniorem Pogoni Grodzisk. Gdy znajomi Czesi polecili Kunikowi Spartę Praga, trochę się przestraszył. Ale w Sparcie przyjęli Mateusza jak swojego. Tyle że po dwóch miesiącach Kunik spostrzegł, iż syn wyrasta na ofermę batalionową wśród czeskich rówieśników. Poziom w Sparcie był dla Mateusza nieosiągalny. Nikt z trenerów Sparty nie powiedział Kunikowi złego słowa, wszyscy byli uprzejmi, mówili, że chłopak ma potencjał. Ale Mateusz sam czuł, że Sparta to dla niego za wysokie progi. Nie łapał się nawet do najsłabszej drużyny swojego rocznika.

Sfrustrowanemu ojcu polecono klub filialny Sparty - FC Motorlet. Mateusz wciąż był najsłabszy ze wszystkich. Ambicja ojca została podrażniona. Podszedł do problemu tak, jak to się robi w korporacjach. Słabych pracowników się zwalnia - lub doszkala. Syna zwolnić się nie da, Kunik pomyślał więc o indywidualnych lekcjach futbolu. Znalazł czeskiego trenera, który ćwiczył z Mateuszem. Po dwóch miesiącach stał się cud. Chłopak zaczął grać w swoim roczniku FC Motorlet pierwsze skrzypce. Kunik miał jasny dowód, że futbol to taka sama profesja jak inne. Chcesz być dobry? Musisz pracować więcej.

- Gdybym pozostawił Mateusza swojemu losowi, myślę, że nigdy nie nadrobiłby zaległości wobec rówieśników z Czech - wspomina. - Jeśli jesteś najsłabszy na starcie, a potem uczysz się w takim tempie jak cała reszta, pozostaniesz w ogonie.

W Pradze poznał znajomych Pavla Nedveda. Dowiedział się, że gwiazda Juventusu zawdzięcza swoją pozycję pracowitości i indywidualnej pracy z dziadkiem. Dziadek sprawił, że kilkuletni Pavel miał lepszy start, a potem lepsze nawyki od rówieśników, dzięki czemu wyrósł na wybitnego piłkarza.

Kunik uznał, że to, co usłyszał o Nedvedzie, i to, co sam przeżył w FC Motorlet z Mateuszem, prowadzi go do odkrycia prawdy o szkoleniu dzieci. Indywidualny, dopasowany do zawodnika trening jest kluczem do rozwoju. Poparty pracowitością - najwyżej zachodzą zwykle ci, dla których trening jest zawsze za krótki. Futbol trzeba kochać od małego, by znieść wyrzeczenia związane z uprawianiem sportu.

Kunik wpadł na pomysł, by swoje doświadczenia z Pragi wykorzystać w Polsce. Razem z trenerem, którego poznał w Czechach, opracowali projekt i latem 2007 r. postanowili przeprowadzić pierwsze obozy szkoleniowe. Pomógł dziennikarz z telewizji śniadaniowej, który sprawę nagłośnił. Na pierwszy obóz zgłosiło się 16 dzieci, co Krzysztof razem z wspierającą go żoną Eweliną, także pracownicą korporacji, uznali za sukces. Do tej szesnastki dołożyli 16 dzieci z domu dziecka, i w Barlinku, pod kierunkiem Czecha i ośmiu miejscowych trenerów młodzieży, przeprowadzili pierwsze zajęcia.

Sukcesem i pomysłami chcieli się podzielić z PZPN. Kto, jeśli nie związek futbolowy, miałby się interesować takimi projektami?

Ówcześni szefowie przyjęli Kuników z dużą nonszalancją. Powiedzieli im, że nie znajdą w Polsce rodziców gotowych płacić za to, by w wakacje ich dzieci poddawane były katorżniczej pracy na treningach. - Jerzy Engel na koniec stwierdził, żebyśmy wrócili do PZPN, jeśli na nasze obozy pojedzie tysiąc dzieci - wspomina Kunik. Wtedy nawet jemu samemu wydawało się to niemożliwe.

Dziś na obiektach COS-ów w Spale, Wałczu i Szczyrku trenuje u nich rocznie 3 tys. dzieci w wieku 7-19 lat. Tygodniowy obóz kosztuje 1550 zł. Gdy mówię Kunikowi, że drogo, twierdzi, że tak być musi.

Przez ostatnie siedem lat naoglądał się futbolu młodzieżowego w całej Europie. Z trenerem z Czech jego drogi szybko się rozeszły. Po futbolowy know-how uderzyli z Eweliną do Ajaxu Amsterdam, a potem do klubów hiszpańskich, angielskich i niemieckich. Byli w Chelsea, Espanyolu, Barcelonie, Realu Madryt, Bayernie Monachium, AC Milan, Manchesterze United. Tam uczyli się reguł, z których tworzyli program PSS. Dziś dyrektorem sportowym projektu Kuników jest Miguel Ángel Mart~nez, trener madryckiej federacji piłkarskiej, a szefem rady programowej - Fernando Zambrano, dyrektor sportowy tamtejszej federacji, były trener Atletico Madryt i Rayo Vallecano.

Kunikowie nie chcą się zgodzić na niższy standard obozów, by trzymać europejski poziom, który widzieli w Niemczech, Holandii i Hiszpanii. Na ich obozach na czworo dzieci przypada jeden trener. Wszyscy mają licencję PSS, wielu odbywa staże w klubach hiszpańskich lub holenderskich. Dzięki sponsorom możliwa jest organizacja obozów na przykład w Bayernie czy Manchesterze, jako nagrody dla najlepszych młodych piłkarzy biorących udział w projekcie. Zajęcia doskonalące technikę uzupełniane są treningiem motorycznym. Kunikowie uważają, że polskie dzieci muszą nadrabiać zaległości w treningu ogólnorozwojowym wobec rówieśników z zagranicy, bo lekcje wuefu są w większości szkół na zastraszająco słabym poziomie. Dzieci mają też zajęcia z psychologiem, dietetykiem i obowiązkowo lekcje hiszpańskiego.

Co się stało z Mateuszem? Po powrocie z Pragi do Warszawy 11-latek bez trudu zdał testy do Legii Warszawa, ale niedługo potem złamał nogę. Jakiś czas później trenował w Zniczu Pruszków i innych klubach lokalnych, aż w końcu z ojcem - wyprowadzeni z równowagi przez polski system szkolenia - zdecydowali się na wyjazd do Hiszpanii. Mateusz był mały jak na swój wiek, więc w Polsce trenerzy nie byli nim zachwyceni. Powtarzali Kunikowi, że Messiego to z niego nie będzie.

Mateusz wyjechał do Barcelony, zamieszkał z hiszpańską rodziną i trenował w szkółce amatorskiej Villa Olimpica. Potem zwrócili na niego uwagę skauci Hospitalet Barcelona, po jakimś czasie Cordoby. Dziś, mając 18 lat, gra w drużynie młodzieżowej klubu, który awansował właśnie do Primera División.

Trudno stwierdzić, czy będzie kiedyś piłkarzem zawodowym. Kunik niczego jednak nie żałuje, choć rozłąka i samotność doskwierały i jemu, i synowi. - Mateusz chciał dostać szansę, a ja mu w tym mogłem pomóc. Trzeba było pocierpieć, żeby spróbować - mówi Kunik.

- Najbardziej mnie dziwi w polskim futbolu młodzieżowym, że na przykład trener dzieci krzyczy na nie podczas meczu, czasami wręcz przeklina, a rodzice patrzą na to i nie protestują - opowiada. Za takie zachowanie trener PSS natychmiast traci licencję, tak jak za jakikolwiek przejaw arogancji wobec dzieci. Nie wspominając o pijaństwie.

- W polskich klubach najsłabszego nazywa się "ogórkiem". Kiedy byłem w Ajaksie, widziałem, jak dzieci zdrowe trenowały z niepełnosprawnymi. Nie chodziło wyłącznie o integrację i wsparcie dla niepełnosprawnych. Zdrowi uczyli się, ile wysiłku można włożyć w trening i ile barier pokonać, by wykonać ćwiczenie - opowiada. - Dzieci muszą uwierzyć, że dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Stąd w PSS praca z psychologiem sportu, bo u nas młodzi mają więcej zahamowań niż ich rówieśnicy za granicą. W wielu naszych klubach krzyczy się na młodych piłkarzy, zamiast motywować ich pozytywnie.

Krzysztof i Ewelina rzucili swoje korporacje i postawili na PSS. W tym roku na ich obozy pojechało 250 dzieci pracowników Biedronki. A jeśli chodzi o znanych piłkarzy, którzy trenowali w PSS, to należy do nich Karol Linetty, dziś 19-letni pomocnik Lecha i reprezentacji Polski. Oczywiście PSS nie jest żadną konkurencją dla pracy z młodzieżą w klubach i PZPN. Raczej uzupełnieniem, korepetycjami, jakie kiedyś w Czechach dostawał Mateusz. Ale związek i kluby odnosiły się do PSS wrogo lub niechętnie.

- W polskiej piłce jest tak, że im większy klub lub wyższe stanowisko w PZPN, tym trener bardziej butny i arogancki. Odwrotnie niż było w Czechach lub na Zachodzie - mówi Kunik. - Dziś wielu trenerów klubowych przekonało się do PSS i wręcz polecają swoim dzieciom nasze obozy. W 2012 r. powołaliśmy fundację non profit, która płaci za wyjazdy najlepszych dzieci na treningi do zagranicznych klubów.

Kunik wierzy, że za trzy lata PSS będzie miał realny wpływ na polską piłkę. Podkreśla, że boom na futbol w Polsce dopiero nadchodzi. - Wciąż trenuje u nas cztery razy mniej dzieci niż w Hiszpanii. Cały czas mamy duże zaległości i rezerwę wobec najlepszych - przekonuje. Wylicza, że aby zbudować dobrą drużynę w każdym roczniku, Real Madryt musi pracować i dokonać selekcji z 5 tys. dzieci. - A więc jeśli na obozy PSS będzie jeździło 10 tys. dzieci, uznamy, że wpływamy na szkolenie w Polsce. Statystycznie w reprezentacji Polski każdego rocznika powinno być wtedy po trzech, czterech chłopaków związanych z naszym szkoleniem - przekonuje.

 
W jednej z korporacji, w których pracowali, Ewelina z Krzysztofem poznali Francuza. I jak to Polacy, mówili mu, że to czy tamto w Polsce źle działa. Francuz, dyrektor korporacji, odpowiadał im wtedy: "Jeśli uważasz, że mógłbyś malować tak samo jak Picasso, to namaluj obraz, a potem sprzedaj go za 10 mln euro". Kunikowie zrozumieli, że narzekanie na polskie szkolenie nie wystarczy. Złapali pędzel do ręki i malują po swojemu, można powiedzieć - według wzorów niderlandzkich i hiszpańskich mistrzów. Co z tego wyjdzie?
 
Źródło: Gazeta Wyborcza